relacja z maratonu w Cięcinie

24.06.2007


    Pogoda w dniu maratonu była wymarzonana. Trzy dni wcześniej w górach lało jak z cebra, dwa dni przed lało równo i solidnie, dzień przed przelotnie popadało, a w dniu maratonu na niebie brylowały niegroźne cumulusy oraz przebijające się między nimi czerwcowe słońce. Nawierzchnia maratonu została więc odpowiednio przygotowana pod prawdziwe ściganie. Powietrze tego dnia było rześkie i bardzo przejrzyste, co prognozowało, że będzie czym oddychać na ciężkich podjazdach oraz będzie co oglądać z większych wysokości. Miejsce startu było zlokalizowane w Cięcinie Górnej, gdzieś na niecałych 600m n.p.m. więc już na dzień dobry, po wyjściu z auta, czuło się, że jest się w górach. W otoczeniu pięknych świerkowych lasów i w pobliżu żywego górskiego potoku, na małej polance, gdzie na co dzień pasą się krowy, zlokalizowane było biuro zawodów, start/meta oraz piwo i kiełbaski.

     Po dokonaniu wszelkich rytuałów przedmaratonowych, udaliśmy się za pięć 11.00 na pola startowe, gdzie niecała setka zawodników lada moment miała wystartować. Przed samym startem nastąpiła mała zmiana trasy. Zamiast jechać mocno pod górę, start rozpoczął się od asfaltowego zjazdu w dół... Na efekty nie trzeba było długo czekać i już na pierwszym odbiciu z asfaltówki w polną drogę, w rowie znalazł się prowadzący stawkę... quad. Zrobiło się małe zamieszanie, bo ci, którym na początku się nie spieszyło i ruszyli na końcu, znaleźli się nagle na prowadzeniu! Nerwy co poniektórym puściły i posypały się liczne epitety. Widać było, że większość przyjechała tu, by walczyć o pudło ;) Nie zabrakło również pierwszych spięć między zawodnikami i ogólnej histerii ;) Po zaliczeniu pierwszego krótkiego wzniesienia, zaczął się śliski i nieciekawy zjazd po trawie, czego ja osobiście nie trawię, bo wystarczy mały błąd, wpadnięcie do niewidocznego rowu i można się pocałować z matką ziemią. Szybko jednak dojechaliśmy z powrotem do Cięciny i zaczęła mozolna wspinaczka pod górę, wpierw przez samą wioskę a później już znacznie stromiej, po ażurowych płytach, gdzie przełożenie 22/32 było optymalne. Dalszej części trasy nie sposób opisać słowami, tak aby oddać całe jej piękno i prawdziwie górski charakter. Trzeba tam było po prostu być i przejechać ten maraton. A było wszystko to, co powoduje, że jazda na rowerze górskim jest dla mnie poezją a nie tylko odruchowym napinaniem mięśni nóg. Były strome, ciekawe! podjazdy, a nie nudne i dłużące się w nieskończoność jak np. w Złotym Stoku. Były wspaniałe urozmaicone trawersy zboczy, między innymi Romanki i Rysianki. Były polany z widokami zapierającymi dech w piersiach na jezioro Żywieckie, na Małą Fatrę i na inne okoliczne góry, a że widoczność tego dnia były imponująca, bardzo żałowałem, że nie miałem przy sobie małego aparatu no i chwili zbędnego czasu aby porobić zdjęcia ;) Nie obyło się również bez jazdy grzbietami i zdobywaniem szczytów ponad tysiąc metrowych, gdzie można było chwilę odpocząć od błota i kamieni. Były też oczywiście i zjazdy. Jedne trudne błotniste inne mocno kamieniste, gdzie trzeba było się wykazać umiejętnością prowadzenia roweru a nie na odwrót. Niektóre z nich były tak długie i wyczerpujące, że palce zaciskające się na klamkach miały już serdecznie dość, a zmęczone na podjazdach łydki nie mogły odpocząć i drżały ze zmęczenia. A czy pisałem już o błocie ;) Było one nieodłącznym elementem tego maratonu. Ale było go, przynajmniej dla mnie, w sam raz. Nie trzeba było obchodzić błotnych kałuż, wszystko było do przejechania. A błoto tego dnia smakowało wyjątkowo dobrze, było wszakże świeże i chrupiące ;) Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy i gdy zjechaliśmy do Żabnicy, końcowa część trasy była poprowadzona głownie asfaltem w Cięcinie, a można ją było poprowadzić jeszcze terenem na pobliski Abramów...

     Na mecie, po przejechaniu 47km, zameldowałem się z czasem 3h9min, ze stratą około 39min do zwycięzcy, na 25 pozycji open. Grała już w tym czasie górska kapela a chwilę później urocze dziewczyny, przy tanecznej muzyce, prezentowały różne figury i wygibasy ;). Po posileniu się darmową kiełbaską i darmowym piwem (sponsorowanym przez zwycięzcę kat m4, Twoje zdrowie Andrzej! :) rozpoczął się... dowóz przegranych na metę, prawdopodobnie z powodu defektów. Następnie odbyła się skromna dekoracja i wręczanie nagród, wpierw szkolnych dzieciaków a następnie dorosłych zawodników.

     Podsumowując. Sam wyścig sensu stricte miał bardzo przyjemny charakter. Niewielka liczba zawodników spowodowała, że można było praktycznie od pierwszych kilometrów wyścigu jechać swoim tempem i wybierać optymalny tor jazdy, a nie szarpać się i szukać swojej szansy poza ścieżką, jak to miało miejsce chociażby na ostatnim maratonie w Ustroniu, gdzie przez 3/4 dystansu, jeśli startowało się z tyłu, trzeba było jechać w tłumie innych rowerzystów. Organizacja maratonu stała również na bardzo wysokim poziomie, niczym nie odbiegając od standardów eski czy powerade'a, brakowało może tylko prawdziwego podium ;) Impreza natomiast pozbawiona była takich przyjemności jak: stanie w długich kolejkch przed startem, ustawianie się do startu na 1h przed faktycznym startem, czy jakiś głupich czipów montowanych na koszulkach agrafkami... Maraton miał za to świetny lokalny klimat, którego brakuje ostatnimi czasy na bardziej znanych maratonach. Sama zaś trasa maratonu, z wyjątkiem małych początkowych i końcowych fragmentów bije na głowę większość tras organizowanych w naszym kraju podczas jednodniowych maratonów i to pod względem zarówno atrakcyjności przyrodniczej, obcowania z pięknymi górami jak i przyjemności/satysfakcji z samej jazdy rowerem górskim.




P.S. Jechałem z numerem 63 w koszulce Marin i tym razem nikomu nie musiałem wjeżdżać w kierownicę ;) ale o tym niebawem, w opóźnionej relacji z Ustronia. Do zobaczenia pod babią.

Strona główna maratonu w Cięcinie